Przeciwko robotom

Dziennik podróży Emmanuela Di Rossettiego


Nienawiść felietonisty

Zatytułowałem ten artykuł „Nienawiść do felietonisty”. Francuski felietonista – bo to prawdziwa francuska przypadłość – uważa się za pana czasu, świata, a przede wszystkim tego, jak się on miewa. To nie do zniesienia. Wyrzućcie felietonistów i powyrywajcie pąki!

Wszyscy ci felietoniści zebrani razem to nic więcej niż pogawędka w pubie. Z odniesieniami.

Weźmy za przykład początek porannego programu France Culture. Od 30 lat słucham France Culture każdego ranka. Można mnie nazwać miłośnikiem France Culture. „Culture Matin” Jeana Lebruna był częścią mojego DNA. Uwielbiałem go, dopóki jego poprawność polityczna i stronniczość nie stały się aż tak oczywiste w czasie wojen w byłej Jugosławii. Na szczęście opuścił statek, który zdawał się sam zatapiać.

Ale cokolwiek by nie mówili, i chociaż ten program ostatecznie przypominał Titanica, Culture Matin rzeczywiście był programem France Culture – to znaczy programem France Culture przed trzęsieniem ziemi Laure'a Adlera. Zanim France Culture stała się spółką zależną Les Inrockuptibles. Zanim France Culture stała się synonimem wyłącznie wiadomości. Albo, co gorsza, bieżących wydarzeń.

Pierre Assouline, idąc w ślady Lebruna, spróbował swoich sił w przeprowadzaniu wywiadów z gośćmi. Przeprowadzenie wywiadu z kimś wymaga czasu. Potrzeba czasu, żeby poczuć się komfortowo, rozwinąć pomysł przed wszystkimi i tak dalej. Chyba że przeprowadza się wywiad z politykiem. O tak, zgadza się, teraz rano w „France Culture” mamy mnóstwo polityków. Jean Lebrun był wścibski i pod koniec swojej kadencji zapomniał przeczytać swoje notatki, książki gości, a czasem jedno i drugie. Uległ dumnemu narcyzmowi. A jego program „Court-Bouillon” pozostał w fazie roboczej. Ale Pierre Assouline pozostał wierny koncepcji „Culture Matin” i chętnie pomagał gościowi się rozwijać. Po Assouline wszystko się rozpadło. Najwyraźniej niektórzy ludzie w „France Culture” myśleli, że zasypiasz, słuchając go. A poza tym nie był częścią establishmentu, nie należał do związku zawodowego, więc to wszystko najwyraźniej działało im na nerwy. Po Assouline programy informacyjne pojawiały się co trzydzieści minut, prawdziwy zamach stanu. Wiadomości o 7:30 kończyły się w najlepszym razie o 7:40. Wcześniej mieliśmy felieton kobiety (parytet, szanowny panie!), a potem przegląd prasy międzynarodowej, rodzaj słownej potyczki, którą Cécile de Kervasdoué zdaje się toczyć sama ze sobą, zwłaszcza w obliczu dwóch wszechobecnych w eterze wirusów: antykatolicyzmu i antypaternalizmu. W rankingach nienawiści antykatolicyzm i antypaternalizm plasują się tuż po Nicolasie Sarkozym, co wiele mówi o wulgarności, w jakiej rozkwita ta epoka. Dziennikarze prasowi mają pole do popisu w tym samym duchu, co dowodzi zresztą, jak bardzo rząd kontroluje media (1). Całość kończy się w najlepszym razie o 7:45. Gość ma dziesięć, dwanaście minut, żeby pomyśleć, że w końcu coś powie, zanim Olivier Duhamel, uosobienie poprawności politycznej, się odezwie. Tyle czasu poświęconego bieżącym wydarzeniom. W miarę upływu czasu, gość staje się niemal komentatorem. Jedynym, którego chcielibyśmy zatrzymać.

Jakby wiadomości rozprzestrzeniały się tak szybko… Jakby wiadomości wymagały od nas, żebyśmy poruszali się tak szybko!

Jean Lebrun powinien był trafić do France Inter, podobnie jak jego młodszy odpowiednik, Nicolas Demorand, który całkowicie przekształcił poranny program France Culture w bardziej konwencjonalny format, podobny do tych, które można było znaleźć w France Inter czy RTL – a potem, ironicznie, sam przeniósł się do France Inter! Oczywiście, drzwi otwierały się coraz szerzej, zatrzaskując się wszędzie, do tego stopnia, że ​​nawet prezenter z Canal Plus przejął stery. Czy ktokolwiek wyobrażałby sobie upadek do takiego poziomu? Ja, który jako pierwszy potępiłem nieżyjącego już Lebruna i jego bośniackiego pomocnika, błagałbym go, żeby wrócił, gdybym każdego ranka był straszony prezenterem Canal Plus w France Culture!

Z deszczu pod rynnę! Ale od czasów Laure Adler nabraliśmy upodobania do tego rodzaju fragmentaryzacji. Słuchacz nie może się nudzić, musi być podtrzymywany na duchu, połączony ze światem, a żeby uniemożliwić mu zmianę kanału, zmieniamy kanał za niego. Niepoprawni lewacy, którzy nie znoszą wolności. Niepoprawni lewacy, którzy uważają, że człowiek zawsze musi być wykształcony. Liberalizm moralny też coś ukrywa… Liberalizm zawsze coś ukrywa, czy to moralne, czy ekonomiczne. Ukrywa cel ludzkości.

Powinniśmy móc powiedzieć „nie”. Powinniśmy rozpocząć petycję, aby Antoine Spire powrócił do France Culture. Dlaczego? Ponieważ Spire był jedynym dziennikarzem w stacji, który mógł przeprowadzić wywiad z Octavio Pazem, na przykład. Oczywiście, Laure Adler mogła przeprowadzić uwodzicielski wywiad, bo tylko ona wie, jak to zrobić. Ale nikt nie potrafi przeprowadzić wywiadu z Octavio Pazem tak jak Antoine Spire, zmuszając go do granic możliwości, wydobywając to, czego wielki autor nie chce powiedzieć, wykonując swoją pracę jako dziennikarz z talentem. Ale aby wykonywać swoją pracę jako dziennikarz z talentem, trzeba go mieć. Nie chcę być tu złośliwy. Nie o to chodzi. Jest wystarczająco dużo pseudo-komików, którzy spędzają czas na byciu złośliwymi bez powodu, tylko po to, by rozśmieszyć wariatów zaludniających internet, chichoczących jak dzieci na szkolnym boisku… Ale czy to nie jest teraz normą? Ciągłe wyrównywanie rachunków.

We France Culture wciąż jest talent. Voinchet to jeden przykład, Couturier to kolejny, Angelier i tak dalej, a niektórzy to nawet komentatorzy, którzy lepiej by zrobili, gdyby włożyli trochę pracy w stworzenie prawdziwego programu. Wstawianie komentarza powinno również odpowiadać konkretnej potrzebie, na przykład na rozwinięcie wywiadu w taki czy inny sposób. „Culture Matin” stał się porannym programem France Culture, a władzę przejęli zwykli ludzie! To permanentne panowanie komentarza nad komentarzem. Większość gazet i czasopism jest już komentarzami samymi w sobie (co redaktorzy często nazywają wartością dodaną mediów drukowanych). My komentujemy komentarz. To panowanie lokalnej kawiarni. Z pewnością nie jest to Agora, jak niektórzy chcieliby nam wmówić, ponieważ nie ma tu wymiany zdań. Najgorszym winowajcą jest komentator polityczny. Słuchanie o Nicolasie Sarkozym czy Ségolène Royal każdego ranka, przez cały ranek, jest wulgarne. I znowu, nie będziemy nawet próbować wyczerpująco o tym mówić. Zaproszenie jakiegokolwiek pisarza, malarza, artysty (przy jednoczesnym unikaniu artystów różnorodnych) nigdy nie jest wulgarne; ich spojrzenie zawsze odciśnie jakąś wizję świata.

Wszyscy ci komentatorzy tak bardzo szlifują swoje przemówienia, tak bardzo przejmują się ich wagą, że cóż można powiedzieć? Nie chcielibyśmy tu za bardzo zadawać bólu.

Skupiłem się na programie France Culture i jego porannym programie, ale każdy, kto słucha swojej stacji radiowej, wie, że komentator zajął centralne miejsce. Jest tam, aby syntetyzować, wyjaśniać, inteligentnie pracę za słuchacza. W moim odczuciu słuchacz, a zwłaszcza słuchacz programu France Culture, nie chce tego syntetycznego synkretyzmu; nie stroni od intelektualnej stymulacji. Ale tak naprawdę to po prostu życie współczesnego świata toczy się dalej, jakby nic się nie stało. Jesteśmy nieustannie bombardowani tym, co mamy myśleć, mówić i robić. Jesteśmy traktowani jak dzieci; i dlatego standardy są obniżane. Bo łatwiej jest edukować, obniżając standardy, bo egalitaryzm wciąż króluje.


(1) Zabawne jest obserwowanie, jak ta prasa nieustannie chwali się swoją wyższością nad internetem, a nawet ustanawia hierarchie w samej prasie. Na przykład Olivier Duhamel, zaledwie wczoraj rano, chwalił jakość informacji na temat „France Culture”, a nawet zakończył swój segment stwierdzeniem, że „France Culture” nie jest magazynem „Voici”. Czyż mógłby się mylić, podejmując takie ryzyko? Ale innego ranka Cécile de Kervasdoué poświęciła cały swój przegląd prasy międzynarodowej na omawianie plotki, którą krążył „cały świat” – i muszę tu zaznaczyć, że osobiście nigdy o niej nie słyszałam i z perspektywy czasu cieszę się, że o niej nie słyszałam – o romansie Nicolasa Sarkozy’ego z jedną z jego asystentek oraz Carli Bruni z piosenkarką pop… Dziennikarka spędziła więc cały swój segment (bo tylko o to chodziło) nie mówiąc nam, o czym świat szumi, a potem, w przypływie szalonej hojności, raczyła się wygadać. Po tym fragmencie nie czułam potrzeby kupowania magazynu „Voici”. Nie sądzę, żeby Olivier Duhamel miał takie samo zdanie.

Dowiedz się więcej o Against the Robots

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.



Dodaj komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, jak przetwarzane są dane z Twoich komentarzy .

Dowiedz się więcej o Against the Robots

Zapisz się, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do całego archiwum.

Czytaj dalej