Przeciwko robotom

Dziennik podróży Emmanuela Di Rossettiego


Zarys autorytetu, czyli definicja postępowca.

Po przeczytaniu artykułu „Skąd ta nienawiść do władzy?” spotkałem się z wieloma reakcjami. Pierwszą było mylenie, a raczej proszenie mnie, abym nie mylił, władzy z autorytetem. W tym miejscu możemy zaobserwować jedną rzecz: wiele osób w mediach społecznościowych nadal akceptuje to rozróżnienie. Dla nich wyznacza ono wręcz granicę, którą uważają za nie do przekroczenia, nawet jeśli niewielu odważa się wyjaśnić różnicę między władzą a autorytetem. A ponieważ artykuł był częściowo poświęcony podkreśleniu tej różnicy, być może nie w zwyczajowy sposób, wywołał oburzenie i podważył wiarygodność. W wielu dyskusjach na X komentarze zakładały, że artykuł broni Emmanuela Macrona! To pokazuje, jak bardzo ludzie pobieżnie przeglądają internet! Ale zrozummy, że dla wielu Francuzów prezydent Republiki uosabia autorytarną formę władzy.

Stąd intuicja dotycząca posłuszeństwa: „Autorytet nieustannie wprowadza coś nowego poprzez panowanie nad własnymi namiętnościami”. W tym zdaniu można zastąpić słowo „autorytet” słowem „dogmat”. Zastanawiam się, które z tych dwóch słów jest bardziej przerażające. Inwersja wartości i znaczeń słów pozwala postępowcom powiedzieć niemal wszystko i przekształcić to w… dogmat. Postępowcy żywią się jedynie „pustymi ideami”, by użyć doniosłego określenia Claude’a Tresmontanta. Gdybym miał nieco wyjaśnić to sformułowanie, powiedziałbym, że postępowcy są zakorzenieni we własnym myśleniu. Rozwijają swoje myślenie dla samej ewolucji; postępowcy działają dla samego działania, nie poddając się żadnemu autorytetowi, uciekając przed depresją i samotnością, które rodzi myślenie zwrócone wyłącznie do wewnątrz. Odtąd czerpią z najnowszych zachcianek, by budować nowe. Czy nie dostrzegamy związku między wokizmem a podważaniem tego, co od dziesięcioleci jest błędnie przedstawiane jako narracja narodowa, we Francji? Ci, którzy na początku XX wieku byliby lewicowymi piewcami Joanny d'Arc, są teraz jej krytykami i głoszą, że nigdy nie istniała! To pokazuje, jak postępowość jest maszyną skłonną do samozniszczenia; wierząc, że się naprawia, jedynie przyspiesza swój szalony pęd. Postępowcy i lewica w ogóle są prawdziwymi reakcjonistami naszych czasów, i to coraz bardziej, zmuszeni do tego ucieczki, ponieważ nie są zdolni do przyznania się do swoich błędów i krzywd. Mylą się i oszukują innych. Reagują jedynie na wydarzenia, nigdy nie praktykując najmniejszego empiryzmu, ponieważ zamieszkują przyszłość (mówię przyszłość, a nie przyszłość, ponieważ nie ma przyszłości bez przeszłości, a przyszłość reprezentuje cel do osiągnięcia, który zawsze nam umyka).

Autorytet inauguruje coś zupełnie innego. Proponuje czerpanie z przeszłości, aby zdefiniować lub na nowo zdefiniować to, co możemy sobie wyobrazić. To z pewnością nie jest absolutyzm, lecz raczej konserwatyzm. Dlatego też tak mało jest prac na temat konserwatyzmu. Wiele pisze się o tym, jak zachować, chronić i promować, ale rzadziej o tym, jak czerpać z niego wizję. Konserwatysta nieustannie ustępował tej przestrzeni postępowcom, którzy się nią rozkoszują, choć nie mają tam żadnego poważnego interesu. Kto rozsądny zaproponowałby przekształcenie naszej starzejącej się i bankrutującej demokracji, żyjącej na rekuperacji, w system polityczny służący obronie mniejszości? Nie neguję ochrony słabych; neguję, że powinna ona stać się jedynym motywem działań politycznych. Zwłaszcza że słabość postępowców kryje się pod mdłym ideologicznym płaszczem. W istocie zawiera ona prawo do oceny słabych. Istnieją różne stopnie słabości. Jednak polityka i sentymentalizm mieszają się bardzo słabo, a nasza demokracja jest w to uwikłana. Konserwatyści nie potrafią szczegółowo opisać swoich działań, stworzyć wielkiego planu i uczynić go atrakcyjnym. Dzieje się tak, ponieważ są oni poddawani krytyce przez postępowych moralistów, którzy nieustannie próbują wtłoczyć ich w ramy moralne oparte na osądzie sentymentalnym. Zawieszenie tego dyktatu zmusiłoby nas do przyjęcia etykiety autorytaryzmu, ale tym razem etykieta ta nie byłaby już nadawana przez ludzi, jak w przypadku Emmanuela Macrona – ponieważ ludzie uznają prawowitą władzę – lecz przez prasę i postępową inteligencję. Kto by narzekał?

Heliopolis Ernst Jünger marzył o państwie poza polityką, rządzonym przez „Regenta”. W naszym współczesnym świecie nie ma regenta, tylko dwa obozy szpiegujące się nawzajem, nie biorąc pod uwagę, że mogą sobie cokolwiek zaoferować. Ten antagonizm jest coraz bardziej widoczny na wszystkich poziomach społeczeństwa. Wskazuje na utratę wspólnych gustów, narastający brak kultury i atrofię języka, zredukowanego do najprostszej formy wyrazu – a przynajmniej do jego najprostszej użyteczności, jak amerykański angielski. Amerykański angielski robi z językiem francuskim to samo, co zrobił z angielskim: wyczerpuje go – nie jest już w stanie wyrazić niuansów, których wymaga dialog. Każdy jest etykietowany i kategoryzowany według tego, co myśli, w co wierzy lub na co głosuje. Dyskusja staje się stratą czasu, a ponieważ uczestnicy są pozbawieni wszelkiego znaczenia, dialog nie może go nabrać. Działa tu poczucie nieuchronności, swego rodzaju predestynacji.

Los uwodzi i oczarowuje ludzi, gdy przestają wierzyć w wolność. Zachód nie wierzy już w wolność, bo nie wierzy już w Boga. Nasza cywilizacja na przestrzeni wieków tworzyła niezwykłe, dziś nierozerwalne więzi z wolnością; pociągnięcie za wystającą nić oznacza unicestwienie naszego świata. Dziedzictwo wymyka się inwentaryzacji.


Dowiedz się więcej o Against the Robots

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.



Dodaj komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się więcej o tym, jak przetwarzane są dane z Twoich komentarzy .

Dowiedz się więcej o Against the Robots

Zapisz się, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do całego archiwum.

Czytaj dalej